Jak „wyleczyłam” chorobę Hashimoto

Hashimoto dotyka coraz więcej osób w Polsce i na świecie. Mówi się o ok. 5%, ale są to tylko zdiagnozowane przypadki. Prawdopodobnie jest takich osób znacznie więcej. Niestety współczesna medycyna wciąż kuleje, jeśli chodzi o prawidłową diagnostykę tej choroby. Swoją tarczycę musiałam zdiagnozować… sama! O czym przeczytacie w dalszej części artykułu. Już na samym początku chciałabym zaznaczyć, że każdy organizm jest inny i każdy potrzebuje indywidualnego podejścia. Opisany przeze mnie sposób „wyleczenia” tarczycy jest mocno spersonalizowany i powinien być dla Was tylko inspiracją do podjęcia jakichkolwiek działań. Wysłuchajcie zatem mojej historii.

Wszystko zaczęło się we wrześniu ubiegłego roku. Złe samopoczucie, senność, spadek energii w ciągu dnia i to uczucie… hmmm… jak by nic nie miało sensu. Ci, co znają mnie bliżej wiedzą, że jestem osobą bardzo aktywną i nienawidzę nudy oraz bezczynności. Działam na wysokich obrotach i każdy dzień wykorzystuję do granic możliwości. A tu nagle zwrot o 180 stopni. Nic mi się nie chciało, czas przeciekał mi przez palce i nie realizowałam tego, co sobie zaplanowałam. Do tego zaczęły mi wypadać włosy. Garściami. Tłumaczyłam sobie to tym, że jestem osobą nerwową i to wszystko dzieje się przez stres. Szczególnie że w pracy miałam bardzo ciężki okres. Niestety stan mojego zdrowia z dnia na dzień ulegał pogorszeniu. Miałam problemy ze snem, a w ciągu dnia musiałam robić kilkudziesięciominutowe drzemki, ponieważ zmęczenie uniemożliwiało mi normalne funkcjonowanie. Również skóra nie była idealna. Zaczęła się mocno przesuszać. Na początku tłumaczyłam sobie to tym, że jestem po wakacjach, a jak wiadomo nadmierna ekspozycja na słońce wysusza naszą skórę. Jednak z dnia na dzień problemy skórne były coraz bardziej dokuczliwe. Na ciele zaczęły pojawiać mi się swędzące plamy. Na początku na rękach, później na dekolcie, plecach i brzuchu. Zobaczcie na zdjęciu:

Zaczerpnęłam porady dermatologa, ale przepisane maści nie pomagały, było coraz gorzej. Mimo licznych innych objawów, dalej bagatelizowałam sprawę i nie zrobiłam badań kontrolnych. Ponadto pod koniec września wybierałam się na mój wymarzony urlop do Szkocji, więc wszelkie działania odłożyłam na później. W październiku po powrocie zaczęłam miewać straszne zawroty głowy. Byłam osłabiona, kilka razy musiałam wcześniej zwolnić się z pracy, bo nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Pewnego wieczora straciłam nawet przytomność. Zapisałam się więc do lekarza, aby zrobić podstawowe badania. Pierwsze wyniki wyglądały tak:

Lekarka stwierdziła, że wszystko jest w porządku. Te lekkie zaburzenia w zasadzie nie mają większego znaczenia. Powinnam odpocząć, nie jeść słodkiego (bo wysoki potas), więcej solić (bo niski sód) i nie jeść smażonego (bo podwyższone trójglicerydy). Wypisała mi L4 na tydzień, abym odpoczęła i się zregenerowała. Moją uwagę zwróciło jednak podwyższone TSH – 3,675. Co prawda było ono w normie laboratoryjnej, ale norma funkcjonalna dla tego parametru wynosi 0,2 – 2,5. Zwróciłam jej na to uwagę, że mogę mieć zaburzoną pracę tarczycy, szczególnie że w mojej rodzinie są kobiety, które mają niedoczynność tarczycy. Ponadto robiąc badania w kwietniu z moim TSH było wszystko w porządku – wynosiło 1,36. Zdziwił mnie więc taki skok TSH. Lekarka jednak zbagatelizowała moje uwagi i nie skierowała mnie na dalsze badania hormonów  tarczycy tj. fT3, fT4, nie mówiąc już o przeciwciałach – antyTPO i antyTG. Musiałam więc zrobić te badania na własną rękę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy odebrałam wyniki.

Bardzo niski poziom witaminy D (powinna być min 60 ng/ml), bardzo niskie hormony tarczycy i podwyższone przeciwciała, niski poziom ferrytyny (powinna być ok 90 ng/ml) i wysoka homocysteina (powinna być poniżej 7 umol/l). Co Wam to może przypominać? Początek Hashimoto. Robiłam jeszcze cholesterol i morfologię, ale były w porządku. Do pełniej diagnostyki brakowało mi jednak USG tarczycy. Niestety w międzyczasie okazało się, że czeka mnie operacja na stopę. Nie miałam czasu, musiałam szybko się na nią zdecydować, więc nie zdążyłam wykonać USG. Postanowiłam jednak zaryzykować i zadziałać jak w przypadku choroby Hashimoto tj. przejść na dietę eliminacyjną, zastosować odpowiednią suplementację i zregenerować swój organizm poprzez sen i odpoczynek.

Po pierwsze – dieta

Pierwszym krokiem było zakwaszenie żołądka, aby poprawić trawienie białek. Znanym suplementem jest betaina z pepsyną, natomiast ja zastosowałam ekologiczny ocet jabłkowy. Piłam go rano, na czczo przed śniadaniem białkowo – tłuszczowym. 1 łyżka na pół szklanki wody. W dostępnej literaturze podaje się, że można stosować nawet dwie łyżki na pół szklanki wody, ale dla mnie było to za dużo. Jedna łyżka to maximum, jakie mogłam przyjąć.

Kolejnym krokiem było wykluczenie z diety składników, które są najbardziej problematyczne w chorobach autoimmunizacyjnych. Z diety wykluczyłam:

  • Gluten – odstawiłam wszystkie zboża zawierające gluten: każdą odmianę pszenicy, żyto, jęczmień, owies (bo jest zanieczyszczony innymi zbożami), a także pszenżyto i orkisz. Liczne badania wskazują na silny związek pomiędzy chorobami tarczycy a glutenem, a konkretnie jego nietolerancją. W szczególności chodzi tutaj o gliadynę, której budowa cząsteczkowa przypomina budowę gruczołu tarczycowego. Kiedy jemy produkty pszenne, gliadyna przenika przez jelita, przechodzi do krwiobiegu i daje „sygnał” dla naszego układu odpornościowego, aby ruszał to ataku. I tak nasz własny organizm atakuje tarczycę i sam ją niszczy. Dlatego osoby chorujące na tarczycę powinny zaprzestać jedzenia pszennego glutenu.  Ponadto zboża mają małą wartość odżywczą, zawierają dużą ilość substancji antyodżywczych takich jak np. kwas fitynowy, który blokuje przyswajanie minerałów (wapń, żelazo, magnez i inne), lektyny drażniące jelito i nasilające autoimmunologię, gluten powodujący nieszczelne jelito czy też inhibitory enzymów. Wbrew obiegowej opinii są ciężkostrawne. Przy wszelkich problemach zdrowotnych lub alergiach zboża zawsze pogarszają stan zdrowia.
  • Mleko i nabiał – nabiał z kolei jest insulinogenny, podrażnia jelita i wywołuje choroby autoimmunizacyjne. Największy problem stanowi mleko pasteryzowane i mleko UHT, gdzie enzymy laktazy są nieaktywne albo zniszczone. Laktoza nie jest jednak jedynym problemem. Kazeina – główne białko w mleku, również jest bardzo problematyczna. Większość z nas jest na nią uczulona. Poza drażnieniem jelita i wywoływaniem chorób autoimmunizacyjnych, nadwrażliwość na kazeinę jest kojarzona np. z autyzmem i wieloma zaburzeniami psychicznymi (z kazeiny przy zaburzonym trawieniu i wchłanianiu powstają kazomorfiny uszkadzające mózg). Ponadto mleko zawiera hormony, które u nastolatków powodują trądzik, a u dorosłych wspomagają rozwój różnych rodzajów nowotworów.
  • Strączki – wszystkie strączki mają te same negatywne aspekty co zboża (oprócz obecności glutenu). Zawierają lektyny, które są toksynami wytwarzanymi przez rośliny jako obrona przed zjadającymi je zwierzętami. Mają także saponiny – toksyny rozrywające błonę komórkową w naszych ciałach, po zjedzeniu uszkadzają jelita, naczynia krwionośne i czerwone krwinki (osłabiają kondycję i wywołują anemię). Ze względu na rodzaj węglowodanów rośliny strączkowe szybko fermentują w jelitach, powodując wzdęcia i gazy (z czym miałam wielki problem), dlatego wykluczyłam je z diety.
  • Jaja – często przy Hashimoto pojawia się alergia na jaja. Z racji tego, że jadłam bardzo dużo jaj (prawie codziennie) obawiałam się, że te moje plamy na ciele wynikają właśnie z alergii na jaja. Wykluczyłam je więc profilaktycznie.
  • Masło – masło zawiera białka mleka, które z diety musiałam wykluczyć.
  • Warzywa psiankowate – ziemniaki, pomidory, bakłażany, papryka, jagody goji oraz przyprawy: chilli, papryka słodka, czarny pieprz, kolendra, koper włoski, kminek. Charakterystyczną cechą tych roślin jest to, że zawierają glikoalkaloidy, a także lektyny, które przyczyniają się do zespołu nieszczelnego jelita. Osoby chorujące na choroby autoimmunizacyjne, a więc takie, których organizm atakuje własne narządy lub tkanki np. z Hashimoto powinny unikać tych roślin.
  • Surowe warzywa krzyżowe – blokują wychwytywanie jodu przez tarczycę. Działanie wolotwórcza warzyw występuję tylko w stanie surowym, a gotowanie czy fermentowanie niweluje ten czynnik.
  • Soję – należy do pokarmów wolotwórczych, a jej szkodliwe działanie polega na hamowaniu aktywności peroksydazy tarczycowej, która uczestniczy w produkcji hormonów tarczycy. W odróżnieniu od związków wolotwórczych obecnych w warzywach krzyżowych, związki zawarte w soi nie są dezaktywowane w czasie gotowania.
  • Kawę i herbatę – taniny w nich obecne zmniejszają wchłanianie żelaza, poza tym herbata zawiera fluor, który jest antagonistą jodu potrzebnego do prawidłowej pracy tarczycy.
  • Orzechy i pestki – są dość problematyczne, bowiem z jednej strony zawierają substancje antyodżywcze takie jak kwas fitynowy, który łączy się z minerałami w pożywieniu, powodując, że ich nie przyswajamy, lektyny – niebezpieczne dla jelit, czy rakotwórcze aflatoksyny, a z drugiej – są źródłem selenu (szczególnie orzechy brazylijskie), który jest potrzebny przy chorobie Hashimoto. Ja na wszelki wypadek wykluczyłam je na okres 6 miesięcy.
  • Kukurydzę – kukurydza zaraz po soi, jest najbardziej zmodyfikowaną rośliną na świecie. Sprzyja rozwojowi alergii, zaburza gospodarkę cukrową, a także zaburza pracę jelit.
  • Olej rzepakowy – jest wolotwórczy i należy do pokarmów przetworzonych.
  • Wysoko przetworzone produkty, cukier i syrop glukozowo – fruktozowy – oprócz tego, że są sztucznie wytworzone i nie mają żadnych składników odżywczych, to wpływają również na duże wahania cukru we krwi. A gwałtowne spadki cukru, poprzedzone skokami, wywołują reakcje ze strony współczulnego układu nerwowego, co mocno obciąża nadnercza. Wydzielany wówczas kortyzol potrafi na wiele sposobów osłabić pracę tarczycy np. poprzez wpływ na przysadkę, od której pracy zależy poprawne funkcjonowanie tarczycy, czy też poprzez zmniejszenie konwersji hormonu T4 w T3.

Co jadłam?

Przede wszystkim dużo warzyw. Marchew, pietruszka, seler, buraki, bataty, cukinia i gotowane brokuły stanowiły podstawę mojej diety. Jadłam również kalafiora, rzodkiewkę i kiełki. Oprócz świeżych warzyw codziennie jadłam kiszoną kapustę i ogórki (więcej o wspaniałych właściwościach kiszonek przeczytacie TU i TU).

Z racji niskiej ferrytyny, w mojej diecie pojawiło się sporo mięsa. U osób z chorobami tarczycy optymalny poziom ferrytyny powinien wynosić 90-110 ng/ml. Ferrytyna jest proteiną odpowiedzialną za magazynowanie żelaza w organizmie, a jej niedobór powoduje m.in. wypadanie włosów. Dlatego też sięgnęłam po dobrej jakości mięso. Nawet 2-3 razy dziennie. Jadłam cielęcinę, wieprzowinę, kaczkę i wołowinę. Drobiu (indyk, kurczak) jadłam bardzo mało, ponieważ jest faszerowany hormonami i antybiotykami. W mojej diecie regularnie  pojawiała się również wątróbka cielęca, która uchodzi za multiwitaminę (więcej na temat wątróbki przeczytacie TU).

Jeśli chodzi o węglowodany, to ograniczyłam je do minimum. Jadłam głownie bataty, bezglutenowe kasze: komosę ryżową, kaszę jaglaną (ale nie często, bo jest wolotwórcza) i kaszę gryczaną i ryż. Korzystałam również z mąk bezglutenowych do robienia chleba i dań typu pierogi czy naleśniki. Owoce jadłam co drugi, trzeci dzień. Gdy nachodziła mnie ochota na słodkie, sięgałam po suszone daktyle, żurawinę lub śliwki. Węglowodany jadłam przeważnie w drugiej części dnia, często na kolację. Dzięki temu lepiej mi się spało i nie miałam problemów z zaśnięciem.

W mojej diecie było również sporo tłuszczu. Dla osób z Hashimoto polecane są: olej kokosowy i oliwa z oliwek extra virgin. Olej kokosowy zwiększa metabolizm, wpływa na uregulowanie wagi i ma właściwości przeciwutleniające, dlatego też jego spożycie jest bardzo wskazane dla osób z niedoczynnością tarczycy. Dodatkowo używałam smalcu z gęsi i oleju lnianego. Do sałatki lub koktajli często dodawałam awokado.

Z przypraw stosowałam antyzapalną kurkumę, kolorowy pieprz, sól kłodawską lub himalajską, zioła prowansalskie, cynamon i imbir. Duuużo imbiru. Imbir w zasadzie zastępował mi herbatę. Robiłam napary wg. TEGO przepisu. Gdy bardzo brakowało mi herbaty, sięgałam po napar z lipy, mniszka lekarskiego lub czystek.

Jednym z ważniejszych aspektów prowadzenia diety w chorobie Hashimoto jest usprawnienie pracy jelit. Chore jelita przyczyniają się do powstania chorób autoimmunizacyjnych, dlatego tak ważne jest zadbanie o ich prawidłowy stan. Najważniejszymi w walce z chorymi jelitami są kiszonki, probiotyki i kolagen. To są trzy budulce, które fizycznie naprawiają nam jelita. Kiszonki jadłam codziennie. Najczęściej była to kiszona kapusta z dodatkiem mojej ulubionej kurkumy. Oprócz kiszonek, które są naturalnym probiotykiem, stosowałam również probiotyki w formie suplementu ( o tym w dalszej części artykułu). Kolagen natomiast znajdziemy w domowym, długo gotowanym rosole na kościach lub kurzych łapkach i w galaretkach mięsnych. Należy jednak pamiętać, że rosół musi być gotowany długo… bardzo długooo. Tylko w taki sposób wydobędziemy z kości czy kurzych łapek największą ilość kolagenu. W moim przypadku rosół na kościach był szczególnie wskazany ze względu na regenerację stopy po zabiegu. Piłam go zatem kilka razy w tygodniu.

Po drugie – suplementacja

Prawidłowa dieta jest tylko jednym z elementów we wspomaganiu leczenia Hashimoto i musi być ona połączona z innymi czynnikami prewencyjnymi. Oprócz diety ważną kwestią jest również odpowiednia suplementacja. Dobrałam ją w sposób bardzo indywidualny i jeszcze raz zaznaczam, że nie jest to gotowe rozwiązanie dla wszystkich. Prawidłowa suplementacja musi być dobrana bardzo rozważnie i najlepiej pod okiem specjalisty. Ja zdecydowałam się na:

  • Probiotyk Epic Pro 25 firmy Swanson (1 raz dziennie, po wieczornym posiłku) – probiotyk ma na celu zbalansowanie flory bakteryjnej. Podobnie jak produkty fermentowane, probiotyki pomagają wyeliminować patogenną florę bakteryjną i zastąpić ją pożytecznymi szczepami.
  • Witaminę D3 w formie kropli Devikap 4000 IU (1 raz dziennie do wieczornego posiłku) – nasz układ immunologiczny potrzebuje witaminy D3 do prawidłowego funkcjonowania. Uważa się, że optymalny poziom witaminy D potrzebnej dla uzyskania prawidłowej funkcji tarczycy i układu immunologicznego wynosi 60-80 ng/l.
  • Witaminę K2MK7 firmy Visanto 100 mcg (1 tabletka dziennie do wieczornego posiłku razem z witaminą D3) – witamina K jest niezbędna przy suplementowaniu wysokich dawek witaminy D3, ponieważ pomaga chronić naczynia krwionośne przed zwapnieniem.
  • Kwasy EPA/DHA 1000 mcg firmy Madre Labs (1 tabletka co drugi dzień) – w mojej diecie było mało ryb, ponieważ miałam bardzo słaby dostęp do dobrych jakościowo ryb, więc zdecydowałam się na suplementację kwasów omega-3, które działają przeciwzapalnie.
  • Multiwitamina Prenatal Multi, Whole Food Multivitamin firmy MyKind (1 tabletka co drugi dzień) – profilaktycznie, w celu uzupełnienia niedoboru składników mineralnych.
  • witamina C najpierw w postaci Kwasu Askorbinowego, później witamina C z dzikiej róży marki Visanto (ok. 2g dziennie) – przy obniżonej odporności warto suplementować witaminę C. Poza tym pomaga w odzyskaniu prawidłowej funkcji nadnerczy, działa detoksykacyjnie, stymuluje wytwarzanie kolagenu i sprzyja wchłanianiu żelaza..
  • Aloes firmy Forever Living (1 łyżeczka dziennie) – aloes piję od dziecka. Wspomaga układ odpornościowy, działa przeciwzapalnie i detoksykacyjnie.

Na zdjęciu nie mam wszystkich suplementów, bo czekam na nową dostawę. Z racji tego, że zażywałam multiwitaminę, nie zdecydowałam się na cynki  i selen, które są polecane przy chorobie Hashimoto. Stwierdziłam, że jeśli nie poprawią mi się wyniki, to wtedy dopiero wprowadzę te suplementy.

Taką suplementację i dietę prowadziłam przez prawie 3 miesiące.  Nie było łatwo, ponieważ po drodze były święta Bożego Narodzenia, sylwester, karnawał i wiele imprez okolicznościowych. Mimo wszystko wytrwałam w swoich postanowieniach i nie złamałam się ani na chwilę. Ważne, aby poukładać sobie to wszystko w głowie i ustalić priorytety. Dla mnie zdrowie i dobre samopoczucie były najważniejsze. Oczywiście nie byłam w tym sama. Moja rodzina bardzo mnie wspierała, ale największą pomoc dostałam od mojej drogiej przyjaciółki Kamili Lipowicz – dietetyk Ajwen, która pomogła mi dopasować suplementację i mojego wspaniałego partnera, który codziennie mnie motywował i podnosił na duchu, gdy miałam chwile kryzysu i zwątpienia. To on słuchał moich żali, pilnował, abym nie „zgrzeszyła” w restauracji, robił mi zakupy i czytał przez telefon etykiety, by upewnić się czy, aby na pewno nie ma tam składnika, którego nie mogę jeść i co najważniejsze – nie krytykował mojego wyboru, ale wspierał i dopingował jedząc razem ze mną to, co gotowałam (w sumie, który facet wybrzydzałby mięsem? :)).

Po trzecie – odpoczynek

Eliminacja stresu była w moim przypadku kluczowym elementem. Pracowałam w bardzo toksycznym środowisku, które powoli niszczyło moje zdrowie. Operacja stopy, która zbiegła się w czasie z diagnostyką Hashimoto umożliwiła mi przejście na 3 miesięczne L4, podczas którego naprawdę odpoczęłam i uspokoiłam swoje nerwy. Spałam regularnie, po 8-9 godzin dziennie, odpoczywałam i się nie stresowałam. Stres odgrywa bardzo dużą rolę w pracy układu immunologicznego, trawienia, zużycia energii, a także wpływa na samopoczucie i zachowania seksualne. W odpowiedzi na stres wydzielane są hormony. Leczenie niedoczynności tarczycy bez jednoczesnego uwzględnienia zaburzeń układu nerwowego może prowadzić często do braku poprawy, pomimo stosowania odpowiedniej diety.

Jakie były efekty? Po trzech miesiącach ponownie udałam się do lekarza. Oczywiście nadal nie dostałam skierowania na cały panel tarczycowy, tylko na TSH, więc większość badań zrobiłam sama. Zobaczcie, jakie miałam wyniki:

Sukces! Wszystkie parametry w normie! Co prawda do osiągnięcia idealnych wyników potrzeba jeszcze trochę czasu, ale przedstawiam Wam dowód na to, że odpowiednia dieta naprawdę potrafi zdziałać cuda i wyleczyć wiele chorób. Oczywiście w moim przypadku, choroba nie była zaawansowana, więc wystarczyło niecałe 3 miesiące, aby organizm mógł się zregenerować. Póki co nie będę rezygnować z suplementacji, bo jest na to za wcześnie. Jeśli chodzi o dietę, to powoli będę ją rozszerzać o jaja, warzywa psiankowate i kawę. Gluten, nabiał, rośliny strączkowe i orzechy mam zamiar eliminować przez okres około jednego roku.

Dla porównania:

No koniec chciałabym jeszcze raz zaznaczyć, że opisałam tu tylko i wyłącznie własne podejście do SWOJEGO zdrowia. Każdy przypadek jest inny i musi być traktowany indywidualnie. Pamiętaj, że każda decyzja, jaką podejmiesz, jest Twoją decyzją i to ty ponosisz jej konsekwencje. Mimo to gorąco Cię zachęcam do podjęcia jakichkolwiek zmian, bo jak widać na moim przykładzie, dieta i odpowiednie podejście do problemu potrafią zdziałać cuda. Niestety choroby autoimmunizacyjnej nie da się pozbyć, można ją tylko zminimalizować. Mimo że moje parametry wróciły do normy, nadal będę regularnie obserwować swój organizm, bo raz uszkodzony układ immunologiczny, może już nigdy nie wrócić do harmonii. To jest również przestroga dla tych, którzy są potencjalnie zdrowi, ale ich tryb życia, wysoko przetworzona dieta i brak odpoczynku sprawiają, że są w grupie wysokiego ryzyka. Warto dbać o siebie i swoje zdrowie, ponieważ szkoda życia na chorowanie.

Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz, że może się komuś przydać? Udostępnij go proszę na Facebooku!

Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem i szukacie wskazówek do postępowania dietetycznego w chorobach tarczycy, odsyłam Was do poniższych artykułów:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *